2014-03-26 21:15:08

faworki

Faworki, chrust, chruściki. Kilka nazw, milion sposobów przyrządzania. Robiąc swoje pierwsze faworki zaufałam Yodzie Piekarnika i wykorzystałam przepis z Moich Wypieków /lekko go modyfikując/. Tym bardziej, że była około 2 nad ranem gdy je smażyłam. Wolałam nie ryzykować. Chrust wyszedł bajeczny. Piątą gwiazdkę zdobył jednak po 2-3 dniach. Dobrze, że zrobiłam go dużo. Dojrzał. Nabrał smaku. Sfaworzał do reszty.

fot 5

Jak to jest zrobione?

/składniki na dużą blachę, wypchaną po brzegi/

  • 450 g mąki pszennej
  • 5 żółtek
  • 2 łyżki metaxy
  • 3/4 szklanki jogurtu greckiego
  • tłuszcz do głębokiego smażenia /użyłam rzepakowego/
  • pół łyżeczki soli
  • cukier puder

Mąkę przesiewam, dodaję żółtka, sol, alkohol i jogurt. Wyrabiam do uzyskania gładkiego ciasta. Owijam folią, zostawiam na blacie i wypijam dużą kawę. Taką na 30 minut /kilkanaście stron Nory Roberts/.

Później, zgodnie z radami z MW, wybijam ciasto przez około 15-30 minut /mój wrodzony pedantyzm nakazuje mi zawsze zbliżać się do górnej granicy takich przedziałów czasowych/. Wałkuję. Składam. Biję wałkiem. I tak w kółko. Mechanicznie. Przez 27 minut. Znów owijam ciasto folią. Tym razem wrzucam do lodówki. I czytam dalej. Znów pół godziny.

Wyjmuję ciasto. Dzielę na kilka części /4/. Każdą cienko wałkuję i nożykiem kroję. Na oko. Tak, żeby było podługowato. Każdy pasek nacinam na środku i jeden koniec przekładam przez otwór. I odkładam na bok.

Smażę w gorącym tłuszczu z obu stron. Do zezłocenia /faworki lubią brąz, a olej o tym wie. tralala/. W związku z brakiem odpowiednio profesjonalnego naczynia użyłam patelni. Odtłuszczam na ręczniku papierowym. Przykrywam.

Idę spać. Rano obsypuję cukrem pudrem. I znów piję kawę.

fot 3

fot 4

fot 7

Komentarze:

Dodaj komentarz: