2016-02-16 13:59:24

kamień z napisem love

Nigdy nie byłam wylewna, uczuciowa, towarzyska. Raczej wycofana i wyobcowana. Z dystansem i ostrożnością podchodziłam do ludzi. I bardzo, bardzo długo się oswajałam. Świat przeżywałam w środku i dla siebie. Nie czułam potrzeby dzielenia się tym czy tamtym.

W sumie to nadal wiele z tych cech mi zostało. A nawet większość.

Poznajcie małe love story.
Pomyślcie o swojej miłości. Nieważne jakiej. Nie ważne do kogo, czego.
Jutro zakonkursujemy.

DSC05498

Miłości, zakochania, teatralne młodzieńcze namiętności - to nie była moja bajka. Oczywiście zauroczenia były. Mniejsze lub większe. Wbrew pozorom nie jestem z kamienia. Ale wszystkie te moje wzdychania i westchnienia były takie... albo raczej nie były takie, żebym czuła motylki w brzuchu lub widziała kolorowe jednorożce.
Kilku chłopaków się pojawiało, ale nie chcąc oszukiwać ich i samej siebie - szybko znikało. Jak uśmiech kota z Cheshire.

Z kaktusem też nie było fajerwerków. Poznaliśmy się - tak bardziej - na początku stycznia, w drugiej klasie liceum. Wcześniej jakiś tam znajomy na przerwie przedstawił nas sobie, cześć-cześć, i tyle. Nic specjalnego.
Owego styczniowego późnego popołudnia - był piątek, około 13-14, szkoła prawie pusta - szykowałam się na ostatnią lekcję tygodnia. Myślami byłam już w domu - w okresie licealnym wynajmowałam pokój na stancji, do domu jeździłam tylko na weekendy - na domowym obiedzie /mama zwykle robiła mi moje ulubione śledzie i pyry w mundurkach/, w miejscu, w którym czułam się najlepiej. Kolega prowadził szkolny radiowęzeł. Leciał Queen. Bohemian Rapsody. Zdziwiłam się, bo było już kilka dłuższych chwil po dzwonku. A grało dość... intensywnie. Usłyszałam głos kolegi /ten od radiowęzła/ 'justa, zrób coś z kaktusem, bo nie chcę przywalić kumplowi, a muszę zamykać'. Wróciłam myślami do tu i teraz i zobaczyłam jak uśmiechnięty kaktus zagradza wejście do węzła i rozkoszuje głosem Freddiego. Uznał, że piosenka MUSI zagrać do końca. 'Patrz, jak to się robi' powiedziałam i podeszłam z niecnym zamiarem odciągnięcia kaktusa. Nie chciałam źle. Chciałam tylko delikatnie pociągnąć za szelkę od plecaka. I usłyszałam 'oj'. I skomentowałam 'oj'. I potem śmiech. Urwałam ucho. Zepsułam plecak obcemu facetowi. 'Oj', pomyślałam.

Zdziwiony kaktus mimowolnie ustąpił. Muzyka ucichła, radiowęzeł zamykany, a ja ociekałam w przeprosinach i obietnicach naprawy szkody. Kaktus rozbawiony moim zmieszaniem i niby-krzepą zgrywał ważniaka, ale zapewnił koniec-końców, żebym sobie dała spokój, bo jest OK. Rozeszliśmy się na zajęcia i już nie spotkaliśmy tego dnia.
Coś nie dało mi jednak spokoju. Zakodowany perfekcjonizm mówił 'zepsułaś-napraw'. W sobotę zaczęłam poszukiwania. Poprzez forum szkoły dotarłam do jego gadu-gadu /tak! to te czasy!/. Prosto z mostu zaczęłam przepraszać i deklarować chęć naprawy i-te-de. Kaktus twierdzi, że nie miał bladego pojęcia, o co tej babie chodzi. Zapomniał o wszystkim /do tej pory zapomina/. Koniec końców - umówiliśmy się na poszkolne, poniedziałkowe poszukiwania zepsutej części.

DSC05492

Spotkaliśmy się - śnieg nawet był, mróz też - i poszliśmy. Przed siebie. I łaziliśmy tak ze 2 godziny, gadaliśmy, a o poszukiwanej części do plecaka - nie pomyśleliśmy. Umówiliśmy się na koncert noworoczny organizowany przez szkołę tego samego dnia. Później wzajemnie zaprosiliśmy się na połowinki. A po połowinkach spędzaliśmy całe popołudnia razem, ciężko znosząc weekendową rozłąkę.

Na pierwszy rzut nie poczułam chemii dla zaawansowanych. Kaktus w drugą stronę - po niecałym miesiącu zadeklarował miłość. Na moje wyznanie musiał kilka solidnych miesięcy poczekać. Ale doczekał się. A jak ja mówię takie słowa to na serio. I prosto z serca.
16 maja 2013 roku około, na pikniku, poprosił mnie o rękę. Powiedziałam 'nie'. Serio! Myślałam, że ściemnia. Ale sprostowałam wszystko :)
19 czerwca 2014, w Boże Ciało, wzięliśmy ślub. Był to NAPRAWDĘ najszczęśliwszy dzień w moim życiu. Wszystko było w końcu tak, jak być powinno. Przed Bogiem staliśmy się jednością - flegmatyczna oaza spokoju i cierpliwości kaktus i choleryczka, wybuchowa i zawsze w biegu justa połączyli się na wieki. Bo taka przysięga nie może zostać zerwana. Tak uważamy. Wszyscy wspominają nas jako niesamowitą parę. Radosną na wskroś, niezestresowaną, naturalną od początku do końca. Bo co miało być nie tak? Wybraliśmy siebie już dawno. Poślubiłam swoją pierwszą miłość. Zakochuję się w nim codziennie na nowo. Codziennie ulepsza mnie i zaskakuje. I z tego, co mówi - wzajemnie. Jesteśmy małżeństwem, przyjaciółmi, kochankami. Kłócimy się, cieszymy, walczymy i pielęgnujemy. Celebrujemy każdą wspólną chwilę. Jesteśmy dla siebie stworzeni. Po prostu.
Głaszczemy tego naszego szarego, codziennego kocura wspierając się i uzupełniając. 16 stycznia minęło nam 10 lat bycia razem. To nie pół życia. Ale prawie. I po tej dekadzie nasza miłość się tylko pogłębia. Nabiera smaku. Dojrzewa jak wino.
Ciągle się siebie uczymy. I oby to się nie zmieniło. Na wieki.
Bo wiecie co? Nie potrafię sobie przypomnieć, jak wyglądał świat bez kaktusowych igieł.

DSC05502

Może to zabrzmi trochę pompatycznie, ale we współczesnym świecie jesteśmy trochę wyrwani z kontekstu. Kaktus radzi sobie zdecydowanie lepiej. Programista. Matrix. Zero-jedynki. I te sprawy takie tam.
Ja już niekoniecznie. Jestem trochę zawieszona między domkiem na prerii a zielonym wzgórzem. Nie lubię pośpiechu cywilizacji. Wolę spokój, swój naturalny rytm. Latem jestem najbardziej niewyspaną osobą w rodzinie, a zarazem najbardziej energiczną /zaraz po moim chrześniaku/. Funkcjonuję ze słońcem. Taka kura ze mnie trochę.
Co ciekawe, Pani Basia kiedyś powiedziała, że kaktus jest jak słońce. A ja jak księżyc /do tego nawiązują nasze obrączki - biały i złoty pasek/. Ponoć jak kaktus przychodził do mnie do pracy, z miejsca i od razu jaśniałam od jego światła. I uśmiechu. Może coś w tym jest?

DSC05499

Jestem trochę konserwatywna w światopoglądzie. Kaktus w sumie też. Szczytem naszych marzeń jest dom z ogrodem, gromadka dzieci i kilka psów. I kury, może koza /żeby ser robić/. I piec chlebowy.
W naszym idealnym świecie kaktus pracuje i utrzymuje rodzinę. Jest opoką, siłą i wsparciem. Justa ma możliwość bycia... kurą domową! To JEST cudowne. Prowadzenie domu, witanie męża z samego rana śniadaniem, wieczorem obiadem; wychowanie dzieci. Nadawanie murom domu ciepła i pielęgnowanie. Miłości. Tak po prostu.
Nic więcej nie potrzeba.
Powoli realizujemy nasze marzenie. Planujemy już, gdzie posadzimy jabłonki, śliwki i topolę osikę. Gdzie zakwitną malwy i gdzie urosną dynie. Stawiamy cegły i wieszamy półki na ścianach. Na razie mamy swój kawałek ziemi. Za kilka lat może już powstanie tam dom. Sadzonki orzechowca - z orzechów od dziadka - już powoli hoduję. Pomysłów mamy miliony. I wiele z nich zrealizujemy. Na pewno. Bo w to wierzymy.
Od rodziców dostaliśmy już grabie. I łopatę. Na dobry początek.

Można powiedzieć, że kaktus i ja znamy się od urodzenia. Nie wspominałam o tym, ale jest smarkaczem – o całe 10 dni młodszym ode mnie. Los chciał, że zamiast urodzić się w najbliższym mojemu domowi szpitalu, musiałam przyjść na świat w nieco bardziej oddalonym. Bo remontowali. Oddział położniczy.
Jak się okazało, nasze mamy mogły się mijać. Bo to było to samo miasto, ten sam szpital. I ten sam kwiecień. 1988 roku.
Mamy mogły się mijać, ale nie minęły. Przeprowadziliśmy dochodzenie. Mimo to, uważam, że mój anioł stróż – leniuszek zaspał trochę po moim urodzeniu i poczekał na kaktusa. Może nas pomylił i teraz czuwa nad nami razem? A może po prostu uznał, że splecie jeszcze kiedyś nasze ścieżki, bo fajni jesteśmy i ot, na przykład /dla psikusa?/ pomoże solidnemu plecakowi urwać się w odpowiednim momencie? Kto wie? Może jesteśmy sobie przeznaczeni?
Nawet jeśli nie, bo nie ma przeznaczenia, to sami sobie siebie przeznaczamy. Piszemy nasz scenariusz co dzień. Cieszymy się sobą, obrażamy na siebie. Gniewamy, kłócimy, godzimy, cieszymy. Raz na wozie. Raz pod.
Ale zawsze się kochamy. I nigdy w tą miłość nie zwątpiliśmy.
Czy pasujemy do świata? – nie wiem. Czy jesteśmy wyjątkowi? Przeciętni? Szaro-masowi? – nie wiem.
Wiem tylko, że możemy na siebie liczyć. Wspólnie kreujemy nasz świat. Bo ciągle jestem ja. Ciągle jest on. Ale tylko wtedy, kiedy mówimy My czujemy się prawdziwie szczęśliwi.
Po prostu.

DSC05503