2014-06-05 10:35:44

tabbouleh na komosie ryżowej

Do tej potrawy zwykle używa się kus-kus. Albo bulgur. Moje półki zaświeciły jednak pustkami i pod ręką była tylko quinoa. Ale to może i dobrze. Bo zdrowa. I świetnie pasuje.

Tabbouleh kojarzy mi się z wakacjami u cioci. Tam pierwszy raz próbowałam. I z miejsca pokochałam. Nikt nie wiedział oczywiście, że to ma swoją piękną nazwę. Dla nas był to po prostu kuskus z warzywami. Czasem dodatkowo z tuńczykiem z puszki. Tylko zieleninę zawsze wybierałam z talerza. Bo była zielona. I mówili, że zdrowa.

Wybierałam. A teraz nadrabiam. I wsuwam siedem razy więcej.

fot2

Jak to jest zrobione?

  • komosa ryżowa /quinoa/ - 125 ml
  • ogórek – pół średniej sztuki
  • pomidory daktylowe – około 200 g
  • papryka – pół średniej sztuki
  • czosnek – 1 ząbek /dość duży/
  • mięta – garść
  • natka pietruszki – garść
  • orzechy arachidowe i pistacje – garstka
  • sok i skórka z cytryny – według upodobań
  • domowy ocet cytrynowo-miętowy – łyżka
  • olej rzepakowy – łyżka
  • sól i pieprz

fot4

Komosę zalewam około 300 ml wody i solę. Zagotowuję i pozostawiam na małym ogniu do pochłonięcia wody. Studzę.

Ogórka kroję na pół wzdłuż i łyżeczką wyskrobuję nasiona. Kroję w plastry. Pomidory kroję na ćwiartki albo ósemki – zależy jak duży się trafi. Paprykę przekrawam, usuwam nasiona i kroję w kostkę. Siekam natkę i pietruszkę. Orzechy i pistacje też. I podprażam na suchej patelni /co za aromat!/. Wszystko mieszam z komosą.

Łączę cytrynę, ocet i olej. Czosnek przeciskam przez praskę. Solę i pieprzę. Zalewam tabbouleh dressingiem i mieszam. Odstawiam do lodówki, do schłodzenia.

Na wierzch układam miętę, sypię orzechami i skórką cytrynową, polewam delikatnie olejem rzepakowym.

I mam szamando. Na wspomnienie wakacji. I na błogostan.

fot1

fot3

Komentarze:

Dodaj komentarz: